Rodzić po ludzku w Kalifornii

Dochodzą mnie słuchy o wycofaniu przez obecny rząd PiS dotychczasowych standardów położniczych. Przerażające. Znam prawie na pamięć historię porodu mojej Mamy w latach 80. Zamiast cudownych chwil, była separacja, zmęczenie i brak szacunku. Czy tak ma być z powrotem? Moje koleżanki (z dużych miast Polski ), które rodziły w polskich szpitalach, nie narzekały. Jak będzie teraz?

W tym samym dniu kiedy z niedowierzaniem czytałam wieści z Polski, wypełniałam ankietę przyjęcia do szpitala w Berkeley, ponieważ trzeba się tu wcześniej samemu zarejestrować on-line.

Zaciekawiło mnie, że już na pierwszej stronie formularza pada pytanie, czy jestem surogatką; czy jestem w związku małżeńskim, a może homoseksualnym? Nie ma mowy o dyskryminacji, obniżonych standardach wobec osób w nie-typowych sytuacjach. Szpital chciał tylko otrzymać informacje, aby się lepiej przygotować.  Mogłam nie odpowiedzieć na te pytania.

Mój pierwszy poród wspominam bardzo dobrze. Zostałam przyjęta do szpitala w San Francisco późnym wieczorem. Lekarze po godzinie stwierdzili, że nie ma na co czekać, ponieważ zbliżałam się do stanu rzucawki porodowej. Znałam to określenie tylko w języku angielskim i jakoś nie za bardzo się przejęłam. Bez zastanowienia zgodziłam się na przyspieszenie porodu. Dean był cały czas ze mną.

Był oczywiście ból i dyskomfort. Po kilku godzinach to lekarka powiedziała mi, że powinnam zgodzić się na znieczulenie. Sama o tej opcji kompletnie zapomniałam. Po około 40 minutach pojawili się anestezjolodzy. Musiałam tylko podpisać zgodę: w trakcie skurczów! To akurat nie było przyjemne, ale lekarze czekali na najlepszy moment.

Sam zabieg odbył się bez problemów. Reszta też potoczyła się sprawnie. Czułam, że personel tak samo jak ja jest przejęty, że już niedługo pojawi się na świecie kolejna mała osóbka. Pierwsze minuty po porodzie Róża spędziła na moim ciele. Chciałam, żeby  wcześniej lekarki ją obmyły, ale nalegały grzecznie, żeby jednak Róża szybciutko znalazła się przy mnie. I miały rację. Bardzo łagodnie wytarły ją, mówiąc do niej spokojnie jej imieniem. Najdłużej była przy mnie pielęgniarka ciemnoskóra. Szkoda, że nie zapamiętam jej imienia. Bardzo mi pomogła i dopingowała, że dam radę. W trakcie porodu mogłam przyjąć dowolną pozycję. Wybrałam leżącą. Pod koniec pielęgniarki zapytały czy chciałabym zobaczyć główkę w lustrze, ale stanowczo odmówiłam. To byłoby dla mnie za wiele, ale Dean na chwilkę spojrzał, potwierdził, że coś widać. A po wszystkim, nakręcił video i przeciął pępowinę.

Dodam, że nikt nie informował mnie, ile Róża dostała punktów w skali Apgara. Nie jest to tutaj przyjęta praktyka, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Później Róża była z nami cały czas, z wyjątkiem może jednego, dwóch razy, kiedy pielęgniarka – oczywiście za naszą zgodą – wzięła Różę, żebyśmy mogli troszkę odespać. Pytała też, czy może dać butelkę Różce. Lekarki też z szacunkiem pomagały mi w pierwszych karmieniach. Nigdy nie miałam tzw. nawału pokarmu, więc nie wiem, jakby sprawdziły się w tej sytuacji, ale w innych sytuacjach, kiedy np. prosiłam o leki przeciwbólowe, zjawiały się błyskawicznie.

Może jedynym minusem szpitala była wielka liczba lekarzy i pielęgniarek, pragnących badać Różę. Ale to nie było bardzo uciążliwe. Na koniec pozwolono nam zostać chwilkę dłużej, żeby połączyć się live z moją siostrą, która dzień po narodzinach Róży wychodziła za mąż w Polsce. Po wizycie w szpitalu otrzymaliśmy do wypełnienia ankietę sprawdzającą, czy jesteśmy zadowoleni oraz.. rachunek na 35 tysięcy dolarów! Ale nasze ubezpieczenie pokryło ok. 80 procent kosztów. Ufff…

Teraz u ginekologa jestem co miesiąc. Na pierwszej wizycie lekarka spytała, czy to ciąża planowana i chciana. Potwierdziłam. Gdyby jednak tak nie było, nie musiałabym jechać do innego stanu, personel medyczny nie oceniałby mojej decyzji.

Naturalnie jestem przejęta drugim porodem. To będzie też dla mnie pierwsza dłuższa rozłąka z Różą, dlatego liczę na szybkie rozwiązanie. Ale wiem, że mogę zaufać lekarzom i ze spokojem pakować torbę do szpitala.

unnamed-40

Maj 2015

3 thoughts on “Rodzić po ludzku w Kalifornii

  1. Alekasandra

    Przeczytalam Pani wpis w Polityce. Jestesmy z mezem i dziecmi w okolicach Seattle. Jedno dziecko urodzilo sie w Nowym Jorku, a drugie w miescie Mississauga, w Kanadzie, takze wiem, ze co to porod i ciaza poza krajem. Na to co dzieje sie w Polsce jest krotko mowiac szkoda slow. Zycze Pani wszystkiego dobrego i skladam gratulacje.

    Pozdrowienia z Seattle!

    Ola

    Reply
    1. Helena Post author

      Bardzo dziękuję!
      Na blogu są również wpisy z okolic Seattle- mieszkaliśmy przez rok w Bellevue.
      Życzę również wszystkiego Dobrego na Nowy Rok!

      Reply

Leave a Reply

Your email address will not be published.